środa, 27 kwietnia 2016

Spękane tło

Kolejnym pytaniem które często mi zadajecie, to pytanie o spękane tło na moich pierniczkach. Nie ja odkryłam sposób na nie, ale ja mogę Wam ten najwygodniejszy dla mnie opisać :) Mam też nadzieję, że łatwiej będzie mi Was odsyłać tutaj, bo po prostu brakuje mi czasu na tłumaczenie tego samego kilka razy w tygodniu :)

Spękane tło wymyśliła Veronica z Con Azúcar y Algodón. Uwielbiam jej prace, jej styl. Nie ukrywam, że inspiruje mnie bardzo :) Odwaliła kawał dobrej roboty i jeszcze podzieliła się swoją wiedzą ze światem! To cudne :) 
Cały tutorial jest w języku hiszpańskim (chyba :) ), ja nie znam go w ogóle, ale z wielką pomocą przyszedł mi tłumacz Google ;) I właśnie na jego podstawie nauczyłam się robić takie pierniczki.

Będziemy malować surowe pierniczki mieszanką barwnika i wódki a podczas pieczenia z termoobiegiem powstaną te słodkie spękania.
Co będzie nam potrzebne? Biały barwnik w proszku, wódka, grubszy pędzel no i oczywiście ciasto na pierniczki.

Zaczynamy!

Do miseczki wsypałam proszek, dodałam wódkę. Nie podam Wam dokładnych proporcji, bo robię to na oko.
dowolny biały barwnik w proszku
dowolna wódka

Jaką potrzebujemy konsystencję? Jeśli dodamy za mało wódki, to warstwa pasty będzie za gruba i nie utworzą się spękania. Jeśli dodamy jej za dużo, to wszystko nam wsiąknie w ciasto :)
Pasta trochę za gęsta
Tutaj konsystencja, która mi już odpowiadała
Widzicie różnicę między pastą z pierwszego zdjęcia a pastą z drugiego? Na pierwszym jest ona trochę za gęsta, jest taką emulsją a pędzle zostawia widoczne ślady na miseczce. Dodałam do niej dosłownie kilka kropel wódki - odrobinę ją rozrzedziłam. Nadal nie spływała kroplami z pędzla ale łagodnie rozpływała się kiedy ją mieszałam. 


Wycinamy sobie odpowiednie kształty i szerokim pędzlem pokrywamy surowe ciasto mieszaniną barwnika i wódki. Staramy się robić to równomiernie, jednocześnie uważając, żeby nie zgnieść pierniczka.
malowanie 
pomalowane

Gotową blaszkę wkładamy do piekarnika rozgrzanego do 150 stopni Celsjusza z włączonym termoobiegiem - to cały sekret, termoobieg. To właśnie podmuchy gorącego powietrza tworzą nam popękaną skorupkę na wierzchu pierniczka :)
gotowe!

Co się stanie jeśli nasza pasta będzie za gęsta?
Pierniczki pokryte zbyt gęstą pastą
Właśnie to. Tutaj od razu widać, że pasta miała nieodpowiednią konsystencję. Nie powstały drobne, delikatne spękania. A to co nie popękało przypomina gruby kożuch.


Jak wyglądają, przynajmniej dla mnie, idealnie wykonane spękane pierniczki?

Jak dla mnie - idealne
Pasta była jeszcze odrobinę rozrzedzona wódką. Stworzyła się siateczka drobnych, uroczych pęknięć :) 

Dlaczego nie powinnyśmy oczekiwać takiego efektu (zamalowane brzegi) ?

zdjęcie ze strony Con Azúcar y Algodón

Bo my pracujemy na pierniczkach, a na powyższym zdjęciu pod spękaniem kryje się kruche, maślane ciastko. Ciastka przed pieczeniem trzeba schłodzić w lodówce i taką blachę wkładać od razu do rozgrzanego piekarnika. Wtedy brzegi zostają ostre a powierzchnia ciastka gładka - ciastko po prostu się zapieka od razu z wierzchu i kiedy środek jest już miękki, to nie ma gdzie ucieć. Pierniczki za to w pieczeniu najpierw się rozpulchniają a potem odrobinę kurczą. Kiedy pomalujemy sobie brzegi, to w czasie pieczenie one i tak nam uciekną. Zresztą myślę, że same spróbujecie i się przekonacie :)

Mam nadzieję, że opisałam to dosyć dokładnie. A jeśli miałybyście jakieś pytania, to czekam na Wasze komentarze :)



niedziela, 17 kwietnia 2016

Projekt: koń

Coraz częściej prosicie mnie o malowane pierniczki. Bardzo mnie to cieszy, przede wszystkim dlatego, że sama mogę się wtedy sprawdzić. A poprzeczkę podnosicie mi coraz wyżej :)
Tym razem dostałam fotografię z prośbą o umieszczenie jej na pierniku. Wiedziałam, że jak skończę to będzie pięknie. Nie myślałam jednak, że zanim to pięknie nastąpi, to będzie jeszcze cała gama mniej ładnych odczuć ;) No bo jedna sprawa to: koń. Druga: przemalowanie osoby, konkretnie - twarzy. To były dla mnie dwa wielkie wyzwania. Po drodze okazało się, że wyzwaniem jest też namalowanie liściastej korony drzewa i łąki. No i wyszło, że cały ten pierniczek był jednym wielkim wyzwaniem :) Kilka ładnych godzin spędzonych nad nim, rwane włosy z głowy, rzucanie mięsem. Frustracja, bezsilność ale w końcu zaskoczyło. I samo się skończyło malować :) Jestem z niego baaardzo, bardzo zadowolona. I dumna. Myślę, że jest piękny :) Oczywiście - widzę błędy, chciałabym poprawić to i owo. Ale to rzeczy, które są dla mnie ważne ale już nie definiują sposobu w jaki patrzę na całokształt.

Pokażę Wam mały kolaż z powstawania pierniczka.


zdjęcia wykonywane telefonem na własny użytek - stąd kiepska jakość

Jak widzicie, zaczęłam od wykonania konturu konia i kobiety. Potem wypełniałam je kolorem. Podejście do twarzy kobiety robiłam kilkukrotnie - ostatnie poprawki jeszcze przed samą wysyłką. Malując drzewo, naniosłam różne odcienie zielonego, brązu i żółtego, trochę bieli. Aby nadać większą głębię koronie drzewa, zaznaczyłam cieniutkim pędzlem kontury liści. Efekt mnie zadowolił - ale generalnie jest to coś do dopracowania. Malując łąkę korzystałam z beżu, brązu, dodałam trochę zieleni, ale przede wszystkim fiolet (Wiltonowski - malując nim uzyskuje się cudny odcień, niestety już lukier barwi na coś szaroburego :/). Zaznaczyłam kwiaty, starałam się pokazać pojedyncze liście trawy. Wyszło tak:




Po wykonaniu zdjęć poprawiłam jeszcze twarz - starałam się usunąć cień spod nosa, który wyglądał jak wąs ;) Dodałam również trochę fioletu na łąkę. Całość pierniczka wykończyłam po brzegu łezkami z lukru. Tego już nie zdążyłam sfotografować. Pierniczek spakowałam w ozdobne białe pudełeczko z okienkiem i przewiązałam wstążką. Zabezpieczyłam dobrze folią bąbelkową, włożyłam do kartonu i wysłałam do klientki :)

Czekam na kolejne "malarskie" wyzwania :)